Subskrypcja

Wpisz poniżej swój adres e-mail, żeby otrzymywać darmowy newsletter

Artykuły prasowe do tematu " Społeczeństwo i gospodarka"

2007-03-16
SPOŁECZEŃSTWO PO SZOKU
Paweł CIACEK, Krzysztof NOWAK
"Gazeta Wyborcza" nr 98, wydanie stołeczne, 27/04/1993, str. 12

Wobec kryzysu państwa w Polsce może dojść wkrótce do wydarzeń typu rewolucyjnego - powiedział w sobotę po naradzie aktywu KPN Leszek Moczulski. Najnowsze badania socjologiczne przeczą temu. Wynika z nich, że nasze społeczeństwo - rozumiane jako całość - nie ma żadnych wspólnych interesów, w imię których mogłoby wywołać bunt.
Czasami społeczeństwa zmieniają się szybciej niż ich wyobrażenia o sobie. Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie. Obserwując wskaźniki ekonomiczne, dostrzegamy zmiany w gospodarce. Trudniej nam zauważyć, że jednocześnie zmieniło się społeczeństwo.
A że zmieniło się, widać z porównania wyników dwóch badań: pierwsze z nich było przeprowadzone w lutym i marcu 1990 r. dla Urzędu Rady Ministrów na zlecenie wicepremiera [Leszek] Balcerowicza (przez Kennan Research i polskich współpracowników), drugie - w lutym br. dla Min. Przekształceń Własnościowych (przez [SMG/KRC Poland f-ma]). Oba badania były prowadzone metodą dyskusji grupowych.

Nadzieja i zagubienie
Wprowadzając radykalne reformy gospodarcze, elity polityczne zadawały sobie pytanie, czy społeczeństwo wytrzyma. Czy ludzie zgodzą się na czasowe obniżenie poziomu życia w imię przyszłych korzyści, czy też czeka nas bunt przeciwko narzuconym wyrzeczeniom?
Dla ekonomistów było jasne, że "przyszłe korzyści" mogą się pojawić po kilku latach. Tymczasem oczekiwania społeczeństwa były bardziej optymistyczne. Wskaźniki popularności polityków i zaufania do nowego rządu były w tym czasie bardzo wysokie. Nadzieje były śmiałe - żądano efektów natychmiastowych i oczekiwano, że nowa, "nasza" władza je spełni.
Wyniki badań z początku 1990 r. zapowiadały jednak załamanie tej wiary. Na jednej płaszczyźnie mieliśmy proste żądania poprawy sytuacji, na innej zaś przekonanie, które można opisać następująco: "Dobrze, idą ciężkie czasy, ale ja chcę teraz wiedzieć, czego mam się spodziewać. Jestem gotów do pewnych wyrzeczeń, ale nie mogę żyć nie wiedząc, czego mam oczekiwać". Psychologicznie najtrudniejsze do zniesienia było poczucie niepewności, niejasności sytuacji, niezrozumienia przebiegu zmian.
Wypowiadano śmiałe żądania - miało być lepiej, więc żądamy, aby od zaraz było lepiej. Z drugiej strony jednak ci sami ludzie w głębi duszy zdawali sobie sprawę z tego, że dobrobytu od zaraz być nie może. Była to świadomość przykra, odpychano ją więc od siebie. Więcej nawet, głośno żądano, aby niemożliwe stało się możliwe. Na poziomie emocji rozczarowanie nie brało się jednak z braku natychmiastowych efektów reformy, tylko z uczucia zagubienia i lęku przed braniem odpowiedzialności za własne losy.

"Nasi to >>oni<<"
Wysokie wskaźniki zaufania do elit politycznych oznaczały w gruncie rzeczy obarczenie władz rolą troskliwego ojca, mającego przeprowadzić bezbronne dziecko przez bezdroża reformy systemu. Społeczeństwo chciało, by układ zawarty z nowymi elitami politycznymi był następujący: "Jesteśmy gotowi ponieść wyrzeczenia, ale w zamian wy sami doprowadzicie nas szybko do szczęśliwego końca".
Gdy okazało się, że rząd nie wywiązuje się z tego układu, wszyscy "poczuli się opuszczeni". Właśnie poczucie osamotnienia, a nie obniżenie się standardu życia, było najbardziej dolegliwym i powszechnym doświadczeniem społecznym: "Mamy teraz nasz rząd, ale nie jestem pewien, czy ci ludzie to są nasi ludzie. Władza ma być naszą władzą, ale myślę, że to są ci sami ludzie, co przedtem, tylko przebrani".
Społeczeństwo polskie weszło w proces przemian mając obraz świata ukształtowany przez doświadczenie poprzedniego systemu. Główną cechą tego obrazu była dwubiegunowość świata - z jednej strony "MY", z drugiej - "ONI". Taki sposób myślenia był niezwykle głęboko wdrukowany w świadomość społeczną. Po zwycięstwie "Solidarności" w 1989 r. zmienił się tylko jeden człon tej struktury - "MY" i "ONI" przekształciło się w "MY" i "NASI".
Kiedy nowy system nie spełnił oczekiwań, "władza" została obarczona winą za niepowodzenie. Zakwestionowano więc to, że nowa władza to "NASI": powróciła struktura "MY" i "ONI".
Strategie polityczne ugrupowań postsolidarnościowych zasadniczo opierają się na próbie powrotu do modelu "MY" i "NASI". Każde z tych ugrupowań chciałoby, aby całe społeczeństwo uznało je za "SWOJE".

Tak samo, ale inaczej

Dzisiejszy stan ducha społeczeństwa polskiego, zrekonstruowany na podstawie takich samych badań, jak te z początku 1990 r., różni się w istotnych punktach od tego sprzed trzech lat.
Oczywiście, tak jak poprzednio, ludzie twierdzą, że brakuje im pieniędzy, przyszłość jest niepewna, zaś ceny rosną. Mówią też o braku bezpieczeństwa socjalnego i strachu przed bezrobociem. Na poziomie prostej rejestracji ekonomicznych problemów życia codziennego różnicę w stosunku do roku 1990 trudno dostrzec.
Istotną różnicą jest natomiast to, że uczestnicy tegorocznych badań różnicują skutki dziejących się przemian. Poprzednio typowe były - niechęć do przyjmowania jakichkolwiek pozytywnych informacji, dostrzeganie jedynie wydarzeń niekorzystnych, "katastroficzna" wizja przyszłości, wszystko to w powiązaniu z uczuciami lęku, niepewności i uogólnionej wrogości. Na gruncie tej postawy łatwo było o artykułowanie na przykład uprzedzeń ksenofobicznych, nastrój sprzyjał radykalizmowi wypowiedzi. Sprzyjał też jednostronności ocen - dominowały wypowiedzi jednoznacznie i emocjonalnie krytyczne.

Jest źle, czyli dobrze

Obecnie uczestnicy badań wskazywali zarówno niekorzystne, jak i korzystne skutki zmian. Bezrobocie jest groźne, ale zarazem postrzegane jako koszt wzrostu wydajności: "Na razie tracą ci, którzy są zwolnieni z prywatyzowanych zakładów. Ale to jest dobre, to trzeba wreszcie zrobić, musimy przecież zrozumieć, że zatrudnienie nie może mieć charakteru socjalnego. Tak że na razie tracą ci, ale w sumie to wszyscy - całe społeczeństwo - na tym zyskamy".


KONFLIKTY W NOWEJ POLSCE
Lena KOLARSKA-BOBIŃSKA
"Gazeta Wyborcza" nr 280, wydanie stołeczne, 28-29/11/1992, str. 11

Stawiamy sobie dzisiaj pytanie, dlaczego - choć nastroje są tak złe - panuje spokój społeczny? I jak długo będziemy się nim jeszcze cieszyć? Obawa przed możliwością wybuchu szerokiego buntu społecznego opiera się na nie wyartykułowanym wprawdzie, lecz tkwiącym w świadomości założeniu, że charakter i struktura konfliktów w dzisiejszej Polsce - w czasach transformacji - są takie same jak w dobie realnego socjalizmu. Jak wiemy z własnych doświadczeń, gdy przed 1989 r. stopień społecznego zniecierpliwienia osiągał pewien pułap, wybuchały strajki, które wstrząsały podstawami systemu i godziły w ekipy rządzące. Dzisiaj - obawia się wiele osób - niezadowolenie może zaowocować podobnymi reakcjami.

Tego typu porównaniom sprzyja narastająca w społeczeństwie alienacja polityczna. Jednym z jej przejawów jest coraz częstsze postrzeganie przez różne grupy społeczne rzeczywistości w kategoriach "my" - "oni". Jest to wyrazem niezadowolenia z biegu wydarzeń w kraju i pogarszającej się sytuacji życiowej, za co winą obciążani są politycy nie liczący się z opiniami społeczeństwa. W 1990 r. tylko 4 proc. ankietowanych wspominało o istnieniu konfliktu między władzą a społeczeństwem (badania "Polacy '90", 1991). W drugiej połowie 1992 r. wymieniało go już 23 proc. respondentów, czyli tyle, co w 1988 r. (CBOS, październik '92).
Czy nasilanie się tej alienacji jest wystarczającym dowodem na to, że odradza się konflikt podobny do konfliktu lat 80.? Sądzę, że nie. Przedstawię niektóre elementy nowej sytuacji politycznej i cechy zmieniającego się społeczeństwa, które powodują, że dwubiegunowy konflikt społeczny minionego okresu przybiera dziś postać wielu konfliktów między różnymi grupami i instytucjami, konfliktów lokalnych i przemysłowych.

W latach 80. podstawowy konflikt, który polaryzował polską społeczność na dwa światy - na rządzących i społeczeństwo - opierał się na niskiej legitymizacji władzy politycznej. Konflikt ten w różnych okresach nasilał się lub ulegał przytłumieniu, a granica, która dzieliła oba światy, zacierała się lub wyostrzała. Pomimo że różne były formy przystosowania społecznego do socrealnej rzeczywistości i różny stopień jej odrzucenia, społeczeństwo kwestionowało samą istotę systemu politycznego - monowładzę partii komunistycznej. Dziś, choć mamy do czynienia z bardzo silnym zakłóceniem komunikacji społecznej między przedstawicielami władzy a społeczeństwem, nie widać, by system demokratyczny tracił legitymizację.

Legitymizacja ta nie jest wysoka - w październiku tego roku tylko 52 proc. badanych stwierdziło, że demokracja ma przewagę nad wszelkimi innymi formami rządów. Ze stwierdzeniem, że "niekiedy rządy niedemokratyczne mogą być bardziej pożądane niż rządy demokratyczne" zgodziło się 36 proc. badanych, a ze stwierdzeniem, że "dla ludzi takich jak ja nie ma znaczenia, czy rząd jest demokratyczny, czy nie" - 44 proc. (CBOS, listopad '92).

Ten niezbyt wysoki stopień akceptowania demokracji wynika z obserwacji otaczającej nas rzeczywistości. Blisko połowa Polaków bardzo negatywnie ocenia rozwój demokracji w naszym kraju. Jednak brak akceptacji dla partii i rządzących w systemie demokratycznym prowadzi do wymiany elit, a nie do odrzucenia całego systemu. Delegitymizacja demokracji może prowadzić do zastąpienia jej przez rządy autorytarne, ale taki system rządzenia cieszy się akceptacją jedynie 20-25 proc. Polaków. Niewielu chciałoby zrezygnować z wolności osobistych i swobód obywatelskich.

Dominującemu w społeczeństwie w latach 80. brakowi akceptacji władzy politycznej towarzyszyło względnie jednolite definiowanie stron konfliktu. Dziś takiej jednej dominującej definicji sytuacji politycznej nie ma, na co wskazują wyniki badania [sondaże] CBOS (sierpień '92):
9 proc. ankietowanych zgodziło się ze stwierdzeniem, że "w miejsce dyktatury komunistycznej powstała demokracja";
16 proc. - że "miejsce komunizmu zajęła nowa dyktatura pod sztandarem Solidarności";
27 proc. - że "nowa władza na razie zastępuje komunistów, ale nie wiadomo, do czego to jeszcze doprowadzi";
18 proc. - że "za plecami nowej władzy rządzi kler, Kościół";
15 proc. - że "za plecami nowej władzy rządzą nadal ci sami, co za czasów komunizmu";
15 proc. odpowiedziało: "trudno powiedzieć".
Rozproszenie odpowiedzi wskazuje, że w społeczeństwie funkcjonuje wiele definicji sytuacji, a więc i wiele osi konfliktów. Reforma rynkowa prowadzi do rosnącego zróżnicowania społeczeństwa.

Oznacza to z jednej strony podział dawniej jednorodnych warstw, z drugiej - wykształcanie się nowych grup społecznych. W konsekwencji społeczeństwo - czyli "my" - zaczyna się dzielić; zaczynają wyłaniać się nowe linie podziałów. W massmediach dowodzi się często, że podstawowym podziałem interesów w polskim społeczeństwie jest podział na reformatorów i antyreformatorów - swoiste odzwierciedlenie podziału na "my" i "oni". Jest to rozróżnienie na tych, co popierają rynek i demokrację oraz przeciwników zmian; rozróżnienie, które dawnych "nas" ustawia po dwóch stronach barykady.

Ten sposób postrzegania ułatwia, dzięki swej prostocie, poruszanie się po skomplikowanej rzeczywistości społecznej. Nie odzwierciedla jednak faktycznych zróżnicowań. Dawny system odrzucony został powszechnie, ale po trzech latach wdrażania reform nie ma w społeczeństwie consensusu co do "jedynie słusznych" rozwiązań. Różne grupy wskazują na odmienne elementy dawnego ładu, które powinny być zmienione lub zachowane, inaczej określają tempo, w którym powinny postępować zmiany oraz postać, którą powinny przybrać docelowe rozwiązania.

Jak wykazują badania, np. prywatyzacja czy reforma rynkowa nie są jednoznacznie - jak się często sądzi - odrzucane przez robotników. W wielu kwestiach (np. dotyczących bezrobocia i pewności pracy) robotnicy wykwalifikowani mają bardzo podobne interesy, co robotnicy niewykwalifikowani. W innych (m.in. stosunek do sposobów zabiegania o własne interesy, do strajków, związków zawodowych, prywatyzacji) stanowiska tych grup są różne. Ze względu na niejednorodne interesy ekonomiczne "sojusz robotniczo-chłopski" też nie wydaje się możliwy.

Odmienne preferencje grupowe ujawniają się nie tylko, gdy pytamy, co i jak reformować. Są one widoczne na przykład także w zróżnicowanym postrzeganiu najważniejszych problemów kraju oraz priorytetów budżetowych. Inteligencja i kadra kierownicza najbardziej obawiają się rządów ludzi niekompetentnych, zaś robotnicy - bezrobocia. Inteligencja kieruje pod adresem budżetu oczekiwania typowe dla klasy średniej - domagają się dofinansowania bezpieczeństwa publicznego, oświaty i ochrony środowiska, a ograniczenia dotacji dla upadających przedsiębiorstw oraz do zasiłków rodzinnych. Robotnicy wykwalifikowani i niewykwalifikowani odwrotnie - akceptują zwiększenie finansowego udziału państwa w budownictwie mieszkaniowym, zasiłkach rodzinnych i w utrzymaniu upadających przedsiębiorstw poprzez oszczędności poczynione na policji, wojsku i administracji państwowej. Grupą, która najmocniej popiera ograniczenie środków przeznaczonych na zasiłki dla bezrobotnych, są rolnicy - nie czują, by problem bezrobocia był dla nich najważniejszy.

Rosną również, co często uchodzi uwagi, zróżnicowania regionalne: reformy rynkowe najwyraźniej akceptuje region północny, łamaniu prawa i korupcji najbardziej niechętny jest region zachodni, a bezrobocia najbardziej boi się region wschodni - w nim też nastroje są najbardziej pesymistyczne. Przyczyny różnicowania się interesów warte są osobnego omówienia. Tu podkreślę jedynie, że w Polsce wyłaniają się z wolna nowe linie podziałów, które modyfikują dawne struktury interesów. Coraz trudniej jest stwierdzić, kto kryje się pod słowem "my", co nas łączy, skoro tak wiele dzieli. Wszak linie podziałów przebiegają nie tylko między grupami, ale i wewnątrz nich.

Związany z demokratyzacją i reformami rynkowymi proces zróżnicowania obejmuje też instytucje władzy i elity polityczne. Jak wspomniałam, w 1992 r. konflikt między władzą a społeczeństwem dostrzegało 23 proc. badanych. Jednak zdecydowanie najwięcej ankietowanych - 33 proc. - wymienia konflikty toczące się gdzieś wysoko, ponad głowami, wewnątrz struktur władzy (CBOS, listopad '92). Określają je jako "walkę o stołki" i "przepychanki między partiami". To powoduje, że traci sens pojęcie "onych", które zakłada przecież, że istnieje jednolita grupa złączona wspólnym interesem utrzymania się przy władzy. Ponadto świat władzy trudny jest dzisiaj do jasnego zdefiniowania. Kiedyś pomagały w tym takie wyraźne atrybuty, jak przynależność do PZPR. Dziś nie istnieją widoczne i jednoznaczne cechy pozwalające zaliczyć kogoś do świata władzy. Przy tym osoby zajmujące ważne stanowiska, często są wymieniane na inne, nikomu nie znane.

Dotychczas dla wielu grup władza to było państwo odpowiedzialne za powodzenia i niepowodzenia zarówno całej gospodarki, jak i obywateli. Dzisiaj nikt nie zna ani obowiązków państwa, ani zakresu jego odpowiedzialności. Dlatego gdy dochodzi do konfliktu i protestów, nie wiadomo, kto tak naprawdę jest "drugą stroną", przeciw komu kierować protest. Tę sytuację dobrze obrazuje strajki w Tychach, gdzie robotnicy byli zdezorientowani, nie wiedzieli, kto jest władny rozstrzygać ich problemy. Przedstawiciele rządu podkreślają na ogół całkowitą odpowiedzialność dyrekcji za wszelkie problemy zakładów, a dyrekcje wskazują na rząd, który decyduje o podstawowych parametrach ekonomicznych. We wrześniu, po letnim okresie strajków, wzrosła liczba osób, które nie potrafiły wskazać strony władnej rozwiązać problemy strajkujących.

Kluczowy tu jest również fakt, że dawniej mieliśmy do czynienia tylko z jednym pracodawcą - państwem. Ono było główną stroną w konflikcie ekonomicznym. W tej chwili, przy zróżnicowanych formach własności, pracodawcy oferują zróżnicowane warunki pracy i płacy. Można przytaczać jeszcze wiele argumentów wskazujących na zmianę struktury konfliktów, na to, że bedą miały one charakter raczej lokalny a nie ogólnokrajowy, ekonomiczny raczej niż polityczny. Poszczególne okręgi, miasta i przedsiębiorstwa mają dziś swoje specyficzne problemy i powstające tam konflikty nie wywołują szerokiej solidarności społecznej. Muszą być one rozwiązywane metodami dostosowanymi do okoliczności, a negocjacje muszą toczyć się między konkretnymi stronami. Zanikają uniwersalne sposoby likwidowania konfliktów.

Wydaje się, że w naszym pejzażu społecznym dominować będą teraz konflikty przemysłowe. W przedsiębiorstwach dokonuje się bowiem gros zachodzących przemian: prywatyzacja, bezrobocie, restrukturyzacja, zmiana roli związków zawodowych, sposobów wynagradzania i etyki pracy. Procesy te rodzą konflikty, dotykają bowiem najżywotniejszych kwestii życiowych i interesów grupowych.

Akademia Europejska Dariusza Rosatiego jest bezpłatnym kursem przygotowującym maturzystów do egzaminu dojrzałości z wiedzy o społeczeństwie. Stanowi cykl siedmiu cotygodniowych zajęć i warsztatów prowadzonych przez wybitnych specjalistów-praktyków, znanych i cenionych wykładowców akademickich oraz nauczycieli szkół ponadgimnazjalnych.

© 2007 Dariusz Rosati, All Rights Reserved
Realizacja: ideo Powered by CMS Edito